Boquete-mekka dla turystow?

Posta zamontował Cojak dnia 2.11.2008

Boquete to chyba jedyna miejscowosc w Panamie zorientowana na turystow. Polozona w dolinie i otoczona wysokimi gorami gosci globtroterow ze wszystkich stron swiata. To tutaj pierwszy raz tak na prawde spotykamy obcokrajowcow w Panamie. Totalny kontrast jesli chodzi np. o Colon, gdzie to my bylismy atrakcja turystyczna dla miejscowych. W Boquete panuje klimat jaki mamy u nas jesienia w gorach, mrzawka, deszcze, niska temperatura, znaczy ponizej 25C. Wszedzie pelno obcokrajowcow, Niemcy, Izraelczycy, Anglicy, Kolumbijki. Jedna z nich nawet poznajemy. I tak jak my mamy w Polsce swojego Zywca tak kolumbijczycy maja swoja 100% kokaine, ktora w europie podobno w takiej czystej postaci nie wystepuje. Ponadto cena 1grama tego proszku kosztuje tam 15$ podczas gdy w Polsce nawet 150$ za towar nie pierwszej jakosci.

Wyraznie oznakowany terminal autobusowy jakich wiele w Panamie

Wyraznie oznakowany terminal autobusowy jakich wiele w Panamie

Dopiero tutaj znajduje Oficina de correo (poczta) gdzie moge kupic znaczki pocztowe i wyslac kartki.

Standardowo nocujemy w hotelu za nie wiecej niz 15$ za osobe. Tutaj tez pierwszy raz biore prysznic pod ciepla woda. To pewnie ze wzgledu na panujace w tym rejonie niskie temperatury. Pierwszy raz tez oprocz przescieradla, sa do przykrycia koce. Brakuje tylko kominka.

Na glownej ulicy jest pelno roznej masci restauracji i knajp od afrykanskich po peruwianskie. Niestety wiekszosc tylko z nazwy gdyz jak sie przekonujemy nie podaja swinek morskich ani nie robia drinkow z Amaruli.

Czas na krotki odpoczynek

Posta zamontował Cojak dnia 2.11.2008

Wracamy do luksusu. W porownaniu do tego co przezylismy przez ostatnie kilkadziesiat godzin pokoje w Panama City sa niedocenionym wczesniej luksusem.

O klaustrofobie nie trudno

O klaustrofobie nie trudno ale za to jaka klima, TV, lazienka i lozko malzenskie. Okien zwyczajnie nie ma, to standard w tym kraju.

Krotka informacja dla "gosci" hotelowych. Dla niewtajemniczonych basurero znaczy kosz na smieci.

Krotka informacja dla gosci hotelowych. Dla niewtajemniczonych basurero znaczy kosz na smieci. Jednostka hotelowa zaczyna sie nie od doby ale od godziny.

Po wypraniu ciuchow, milo spedzonej nocy z dala od insektow i odglosow dzungli, udajemy sie na zachodnia strone kraju by wygoic rany na plazach Pacyfiku. W mijscowosci Santa Clara zajmujemy jak zwykle ***** pokoje z widokiem na ocean. Temperatura w nocy wymusza tylko zalozenie na siebie dlugich spodni i polara oraz uzycie srodka owadobojczego.

Widok z mojego pokoju

Widok z mojego pokoju

i widok na moj pokoj. Wszystko za az 7$. Zdzierstwo straszne

i widok na moj pokoj. Wszystko za az 7$. Zdzierstwo straszne

Przeprawa przez dzungle

Posta zamontował Cojak dnia 2.11.2008

Wg Indianina przeprawa do San Tiago (nie w Chile) miala zabrac nam max 7h. Ale jak przeczytacie nizej skonczyla sie poznym wieczorem.

Jestesmy na brzegu rzeki w dzikim lesie. Czeka juz na nas przewodnik. Na oko ma ok 50 ale rownie dobrze moze miec 70. Dziadek, bo tak go nazwalismy, narzucil tempo marszobiegu. Zaczynamy trekking i juz widze, ze bedzie ciezko. Na szczescie to poczatek wyprawy wiec kazdy jest pelny sil ale i pelny prowiantu. Srednio mamy ze sobo po 6 litrow wody pitnej + jedzienie w mniejszej ilosci. W srodku dzungli mijamy pozostalosci bo amerykanskiej bazie wojskowej, ktora wyglada bardziej jak lotnisko, gdyz poza kilkoma zelastwami sa tylko betonowe plyty.

Na calej trasie spotykamy tylko kilku indian, tutaj mlodziez bojowo umalowana

Na calej trasie spotykamy tylko kilku indian, tutaj mlodziez wybierajaca sie na polowanie

Pniemy sie w gore, upal dokucza coraz bardziej. Pablos porzuca 3 litrowa butelke wody twierdzac, ze ma w dupie jej noszenie. Wykorzystuje sytuacje i dopinam ja do plecaka. Jest ciezko ale wiem, ze woda to w takich miejscach jest najwazniejsza tym bardziej, ze nie mam juz polowy swojej pierwszej butelki.

Okolice wioski, Indianie wiedzieli gdzie zalozyc domostwa

Okolice wioski, Indianie wiedzieli gdzie zalozyc domostwa

Po ok 2 godzinach marszobiegu odczuwam pierwsze oznaki odwodnienia organizmu – spuchniete dlonie i nadgarstki. Nie zastanawiajac sie dluzej wrzucam 2 tabletki magnezu do bidonu i wypijam malymi lykami maszerujac dalej w szeregu.

Oblegamy jeden z domow indian, ale piwa niestety nie bylo. To oznacza koniec cywilizacji.

Mijamy pierwszy strumyk, pierwsza wioske indianska. Widac lekkie zdziwienie w oczach tamtejszych mieszkacnow gdyz jak sie dowiadujemy od przewodnika, turysci tego szlaku nigdy nie wybieraja. Ale w koncu jestesmy klubem przygod ekstremalnych i nie mozna sie dziwic naszemu postepowaniu.

Raz po raz pytamy „gajda” ile jeszcze do obiecanej rzeki, ile do konca. Una hora slyszymy przez cala wyprawe. Na poczatku jest to pocieszajace ale pozniej nie zwracamy juz na to uwagi majac nadzieje dotrzec do wioski przed zmrokiem, ktory zapada tutaj juz o 18. Tak, po 18 nastepuja nocne ciemnosci, brak swiatel, ksiezyca. Bez latarki nie widac nawet wlasnego buta.

Upragniona chwila, kapie sie wraz z $$ w pasku, jest mi wszystko lotto byle by tylko sie ochlodzic

Docieramy w koncu do rzeki. Jest to ta chwila, ktorej sie dlugo nie zapomina. Wskakujemy wszyscy delektujac sie chlodem plynacym z serca gor. Raz po raz male rybki gryza nas w rozne czesci ciala ale relaks w wodzie jest na tyle ekscytujacy, ze wolimy kasanie od opuszczenia rzeki. Jak to spiewal Rysiu Ridel „w zyciu piekne sa tylko chwile” dlatego musimy sie otrzasnac i wrocic do morderczego trekingu.

Mozna by tak siedziec caly dzien, woda ciepla jak w basenie

Mozna by tak siedziec caly dzien, woda ciepla jak w basenie

Rzeke przekraczamy kilkanascie razy choc do konca nie wiadomo czy ciagle jest ta sama czy moze przeprawiamy sie przez kilka innych. W kazdym razie jest to czas na wyplukanie z sandalow kamieni i blota jak rowniez chwila relaksu dla stop. Dziadek ponownie zapytany ile do wioski odpowiada, ze una ora, czyli godzina. Zludzeni ta informacja, patrzac na zegarek i niebo cieszymy sie z szybkiego zakonczenia tej absorbujacej wedrowki. Niestety czas w naszych zegarkach biegnie duzo szybciej niz w glowie indianina i mimo przebycia kolejnych kilku km nie widac zadnej cywilizacji.

Ku naszej uciesze zaczyna padac deszcz, ktory skutecznie schladza nasze ciala. Jak to bywa w porze deszczowej zamienia sie on w ulewe, ktora trwa jakas godzine. W miedzyczasie docieramy do kilku zabudowan z naturalnego materialu zwanego bambusem i palmami i znajdujemy tam tymczasowe schronienie. Czesc z nas zbiera deszczowke do swoich pustych juz butelek a niektorzy poluja na skorpiony jak widac na zdjeciu.

Skorpionik, podobno smiertelnie jadowity...

Skorpionik, podobno smiertelnie jadowity...

Koncowka trasy charakteryzuje sie dosc duzymi wzniesieniami, ktore nie daja nam za bardzo odpoczac. Na szczescie tuz przed zmierzchem docieramy do budynku o solidnej, drewnianej konstrukcji. Niestety nie sa to zabudowania od dawna wyczekiwanej wioski lecz opuszczony pojedynczy budynek. Brak sil i zrezygnowanie nie pozostawia nam nic innego tylko sie walnac pod zadaszeniem i na chwile odpoczac.

Czesc nie ma sily nawet jesc

Czesc nie ma sily nawet jesc

W tym rejonie i podczas takiego wysilku deszcz jest zbawienny

W tym rejonie i podczas takiego wysilku deszcz jest zbawienny

Ku mojej uciesze wylawiam wzrokiem dwa drzewa pomaranczy o zielonkawo-zoltej barwie. Z nidowierzaniem zrywam pierwsza sztuke i kosztuje jej soczysty i slodki smak. Nastepne pare sztuk dla chlopakow i sam tez zasiadam do palaszowania. W koncu pierwszy raz w zyciu mam okazje jesc te owoce zerwane prosto z drzewa. Dodatkowo jestem wyczerpany i czesciowo odwodniony, glodny i spragniony wiec mozecie sie domyslic jak one smakowaly.

Jedna z mniejszych przepraw przez przybierajaca rzeke

Jedna z mniejszych przepraw przez przybierajaca rzeke

Tutaj nawet przewodnik sie zdziwil gdy zamiast strumyka zobaczyl rwaca rzeke

Tutaj nawet przewodnik sie zdziwil gdy zamiast strumyka zobaczyl rwaca rzeke

Czas jednak zebrac sily i ruszyc dalej, tym razem dziadek uzyl slowa media ora co znaczy, ze mamy do zakonczenia naszego marszu pol godziny. Niestety, przeistaczaja sie one w dobre 2 godziny ale problem nie lezy w czasie tylko w panujacych od 6pm ciemnosciach w tym rejonie. Na szczescie mamy ze soba latarki, ktore pozwalaja nam w miare bezpiecznie zejsc z gory przez pastwiska z nocnym zyciem krow do drogi. Wybieramy kierunek w prawa strone gdyz dziadek wykazywal juz wczesniej oznaki dezorientacji i nie mozemy juz na nim polegac. Docieramy do drewnianej bramy poprzeplatanej drutem kolczastym. Doswiadczenie kolegow w forsowaniu zabezpieczen robi swoje i przechodzimy na druga, nieznana nam strone. Po kilkuset metrach jestesmy przy budynku, przypominajcym hangar. Postanawiamy przenocowac w tym miejscu, tym bardziej, ze znajdujemy waz z woda, z ktorego montujemy polowy prysznic. W miedzyczasie wysylamy przewodnika z Lukasem w poszukiwaniu cywilizacji wzdluz drogi. Po parunastu minutach slyszymy nadjezdzajacy samochod a w nim Lukas z dwoma latynosami. Okazalo sie, ze wyladowalismy w jakiejs stacji badawczej i mamy to szczescie, ze przenocujemy pod dachem ale i rowniez w hamakach popijajac goraca kawe i gotujac chinskie zupki na dobranoc. Obsluga stacji w postaci 3 mezczyzn byla na tyle mila, ze dowiozla nas nastepnego dnia do panamericany skad udajemy sie z powrotem do stolicy Panamy.

Na slowa Polaco wszyscy reaguja z usmiechem i zyczliwoscia. Tym razem goscimy w stacji badawczej oddalonej od cywilizacji o 30km

Na slowa Polaco wszyscy reaguja z usmiechem i zyczliwoscia. Tym razem goscimy w stacji badawczej oddalonej od cywilizacji o 30km

W goscinie u Indian Kuna Yala

Posta zamontował Cojak dnia 26.10.2008

Pobudka o 5:30, szybkie kontynentalne sniadanko i pakujemy sie po ciemku na pake ciezarowki. Jedziemy do ostatniego cywilizowanego masteczka w tym rejonie i tam rowniez konczy sie droga w kierunku Kolumbii. Po godzinnej jezdzie docieramy do „portu” w Miramar skad ma nas zabrac Indianin z wysp San Blas.

Nasze srodki transportu.

Nasze srodki transportu.

Ustalony czas jego przybycia to godzina po wschodzie slonca my niestety czekamy prawie 1,5h. Pewnie u Indian slonce wstaje pozniej i stad to niedopatrzenie. W miedzyczasie posilamy sie w lokalnym sklepiku i penetrujemy okolice.

Tak wygladaja sklepy osiedlowe

Tak wygladaja sklepy osiedlowe

Zadziwia mnie ilosc nowych, wypasionych terenowek, ktorych nigdzie wczesniej w Panamie nie widzialem w takim miejscu i takiej ilosci. Chaty nie wyrozniaja sie jednak od tych widzianych w innych mijanych wioskach ale auta sklaniaja do jednego wniosku.

Ot taki niewielki kontrast

Ot taki niewielki kontrast

Port przeladunku kokainy plynacej z Kolumbii. Osada polozona na koncu jedynej drogi na wschodnim wybrzezu z dala od cywilizacji i wscibskich turystow. Najblizsza policja stacjonuje zapewne kilkadziesiat km stad wiec nie trudno sie domyslic w czym rzecz. To jednak tylko przypuszczenia i jak jest na prawde pewnie nigdy sie nie dowiem.

Wsiadamy na lodz. Silnik 50 KM dowozi nas po 2 godzinach do wyspy, na ktorej miesci sie cos w rodzaju punktu kontroli paszportowej.

Po wbiciu do paszportu oryginalnej pieczatki okregu indian Kuna Yala ladujemy w srodku pustkowia. Wyspa ma moze 50 metrow na 100, sa na niej ze 3 wioski, po dwie chalupy kazda. My zdaje sie jestesmy w stolicy bo stoja tu az cztery szalasy.

Nasz nowy dom

Nasz nowy dom

Na wyspie mamy do dyspozycji 2 chaty po 5 hamakow w kazdej, lodowka na gaz, „lazienka”, „pralnia” i „ubikacja”. Wszystko oczywiscie w zgodzie z przyroda i nie uzywa sie tutaj zadnych detergentow ani papieru toaletowego. Z tego powodu zycie na wyspach jest stosunkowo tanie. Dodatkowo posilam sie wszedzie spadajacymi orzechami kokosowymi a pragnienie gasze mlekiem z nich pozyskanym.

Brak czekolady i batonikow Baynty skutecznie zastepuja orzechy kokosa

Brak czekolady i batonikow Baynty skutecznie zastepuja orzechy kokosa

Mi udaje sie wygrzebac ze „strychu” 2 stare uzywane kusze, z ktorych jak MCGiver robie jedna sprawna. Niestety pomimo staran nie udaje sie na nia nic upolowac. Duze ryby trzymaja bezpieczny dla nich dystans nie pozwalajacy mi oddac dosc silnego i celnego strzalu. A bylo w co bic, barakudy, rekin, i takie plywajace pionowo ryby podobne do plaszczek gdyz do plywania uzywaly gornej i dolnej pletwy. Na wyspie mieszka tez Lisa, jakoby slawna producentka ¨molas¨ czyli indianskich wyszywek ktore chodza za przerozne ceny. Jak mowi oplaca tym studia swojej corki.

Tradycyjne wzory Indian Kuna

Tradycyjne wzory Indian Kuna

Pod wieczor przechodzi przez wyspe maly sztorm, orzezwiajac atmosfere kiedy mozna kolacje zjesc w strugach cieplego, rownikowego deszczu.

W nocy wraz z Tomasem i moja nowa latarka wybieramy sie na wczesniej namierzona rafe. Po 2 probach udaje sie nam ja znalezc i mamy pierwsza dosc okazala rybe (tak na oko 35cm). Po dostarczeniu rybki indianom probujemy kolejny raz znalexc rafe. Niestety kompletne ciemnosci i brak jakiegokolwiek swiatla na wyspie a nawet ksiezyca nie pozwalaja nam dalej polowac gdyz bladzimy raz za razem.  Czas na spanie. Ale zaraz zaraz, katem oka dostrzegam poruszajaca sie 10 cm sylwetke pajaka. Tak, to spory okaz, tuz obok mojego hamaka. Brazowy z malutkimi wloskami. Nie zastanawiajac sie dluzej dobijam go swoja latarka slyszac dosc mocne chrzesniecie. Pozostawiam go na pozarcie wszedobylskim krabom, ktore nocuja rowniez w naszym 5 osobowym „pokoju”.

Dokladnie taki sam jak ten, ktorego zlapalem do 2l garnka kilka dni pozniej

Dokladnie taki sam jak ten, ktorego zlapalem do 2l garnka kilka dni pozniej

Mozna by siedziec na takich wyspach, jednak z braku zajec blogie byczenie sie szybko nam sie nudzi i postanawiamy kolo poludnia przeniesc sie gdzie indziej.

Szybko zwijamy sie do Carti, wyspy ktora jest jednoczesnie wioska dla 200 indian.

Mezczyzni w przeciwienstwie co do kobiet ubieraja sie jak zwykli mieszkancy Panamy

Mezczyzni w przeciwienstwie co do kobiet ubieraja sie jak zwykli mieszkancy Panamy

Instalujemy sie w jednej z indianskich chat, i znow zapowiada sie spanie w hamakach. Kibel tym razem mamy nie w wodzie, ale jest poprawnie zbudowany z desek itp, tuz przy brzegu.

ToyToy - wersja wyspowa samoczyszczaca

ToyToy - wersja wyspowa samoczyszczaca

Znow dzien i wieczor jest relaksacyjny, lokalni sa bardzo rozmowni. Ustalamy co robimy nastepnego dnia. Opcji jak sie dowiadujemy jest kilka. Mozemy jechac 3-4 godziny jeepami do autostrady Panamericana, skad juz busem do Panama City. Drugi wariant to ta sama droga pieszo, ale wszyscy zgodnie stwierdzaja ze isc po drodze to mala atrakcja. Trzecia mozliwosc, to doplyniecie lodka do ladu, troche w gore rzeki i wynajecie przewodnika ktory zaprowadzi nas do San Jose, malej wiochy, z ktorej powinnismy sie juz dostac do cywilizacji. Glosujemy i przechodzi wariant trekingu w dzungli, mimo ze nie wszyscy sa tym pomyslem zachwyceni. Miejscowi zwawo przygotowuja nam wode.

Do kolacji dosiada sie 8 dziewczat z Californii. Swiezo po collegu postanowily spedzic kilka dni wsrod indian z dala od amerykanskich wygod i cywilizacji. Niestety nasz brak znajomosci repertuaru Spice Girls szybko konczy zawiazana znajomosc i idziemy grzecznie do naszych „pokoi” z hamakami.

Nastepnego dnia wyruszamy do dzungli. Szybko zegnamy sie z indianami i probujemy naklonic ich do zrobienia z nimi zdjecia co graniczy z cudem. Ale po paru probach i poszukiwaniach odpowiedniej kandydatki sie udaje i jest co wlozyc w ramke.

Ja mam tylko 178 cm wzrostu..

Ja mam tylko 178 cm wzrostu..

Transferuja nas 2 lodzie. Plyniemy wsrod lasow mangrowych dostrzegajac raz po raz polujace pelikany. Plyniemy w gore rzeki, jest coraz ciasniej i plycej. Widac pod woda zatopione konary i ryby. Robi sie coraz ladniej i bardziej dziko. Slychac wszedzie spiew ptakow i silnik naszej lodzi – byscie nie mysleli, ze jest inaczej. Po 1,5 godz doplywamy do miejsca gdzie lodzie nie sa juz w stanie nas wiexc. Wysiadamy w srodku dzungli. Zegnamy towarzyszace nam indianki oraz sternikow i wyruszamy w nieznane.

Ja oczywiscie w Business Class

Ja oczywiscie w Business Class

Czeka nas kilkanascie godzin przeprawy przez dzungle. Upal, deszcz i wilgoc dodaja do tego tylko smaczku. Ale tak na prawde nikt nie wie co go czeka w tej podrozy.

Puerto Lindo – w drodze do Indian

Posta zamontował Cojak dnia 23.10.2008

Kilka dni nie dawalismy znaku zycia, ale to tylko dlatego ze cywilizacje zostawilismy daleko w tyle. Zasieg byl tylko czasami, co sprawdzali nasi spece telekomunikacyjni. Ale po kolei.

Po wczesniejszym ugadaniu sie z kierowca busa wczesnym rankiem opuszczamy malownicze Colon. Za dnia wyglada spokojniej niz w nocy. Po drodze male zwiedzanie ruin dawnej twierdzy obronnej gdzie hiszpanie trzymali swoje skarby, kilka policyjnych kontroli drogowych i ladujemy w Puerto Lindo.

Wioska to zupelny kontrast do Colon. Zielono, malowniczo… po prostu karaibski klimat. Puerto Lindo to mala wioska gdzie jest biedny klub jachtowy i pare chalup.

Kościół w Puerto Lindo

Kościół w Puerto Lindo

Przyjmuja nas niemcy ktorzy w ogrodku maja szalas z lozkami akurat na 10 osob i… stol bilardowy! Tu Sebus z Zbyniem moga sie zrewanzowac za wczorajsze gry.

Z dala od cywilizacji, łóżka pierwsza klasa

Z dala od cywilizacji, łóżka pierwsza klasa

Wczesnym popoludniem plyniemy lodka na sasiednia wyspe, zanim jednak przyplywa nasz transport, sprawdzamy wode w oceanie. Z Markiem i Lukasem wybralismy sie na pobliska latarnie morską. Po sforsowaniu lipnej blokady pokonujemy kilkadziesiąt krętych schodów by wynagrodzić sobie to pięknymi widokami.

Wszedzie pełno zielonych wysp

Wszedzie pełno zielonych wysp

Wspólnie z Tomasem wybieramy sie na polowanie z kuszą. Jednak to mi udaje się ustrzelić pierwszą zdobycz podobną do ryby latającej. Ja jednak ustrzeliłem ją na dnie morza.

Wieczor minal spokojnie, glownie na przygotowaniach do wyjazdu na wyspy San Blas. Czesc osob zostaje na imprezie bilardowej, kilka wybiera sie do centrum wioski. Centrum to 3 domy na krzyz i lokalna dyskoteka. Wybetonowane kawalek podlogi bez scian i budka z piwem to najwieksze miejsce rozrywki lokalnych ludzi w kazda sobote, jak mowi nam miejscowy.

Colon – biały jest tu okazem w zoo

Posta zamontował Cojak dnia 18.10.2008

Po 2 godzinach, okolo poludnia docieramy autobusem rejsowym do Colon. Jest to 3 co do wielkosci miasto w Panamie. Cena przejazdu az 2,5$. Na ulicach widac tylko murzynow i latynosow. Pomimo staran nie udaje sie nam znalezc bialego czlowieka.

Widok z hotelowego holu. W Colon juz tak czesto nie wyciagam aparatu.

Artykul z gazety lokalnej

Po chwili lapie nas jeden gosc i sluzy pomoca w znalezieniu miejsca hotelowego. Okazuej sie byc ochroniarzem. Opowiada nam o strzelaninie, ktora miala miejsce o 10:00 z rana czasu lokalnego. Zginely 2 osoby o ktorych czytamy pozniej w gazecie. W takich momentach czlowiek zdaje sobie sprawe w jakim miejscu sie znajduje. Co chwila lokalni, uprzejmi mieszkancy, informuja nas by nie wchodzic w ta czy w nastepna uliczke. Wyszlo na to, ze poruszamy sie glowna ulica i w jej kilku odnogach gdzie daja sie zauwazyc sluzby policyjne z dluga bronia palna.

W centrach miast stroze prawa wystepuja prawie co przecznice.

W centrach miast stroze prawa wystepuja prawie co przecznice.

Rozmowy w toku

Nasz prywatny autobus

Na dworcu poznajemy wlasciciela kilku autobusow, ktory jednym z nich zabiera nas nad sluze Gatun, wjescie do kanalu panamskiego. Jest juz zamkniete ale dowodca zmiany dowiadujac sie, ze jestesmy grupa polakow wpuszcza nas po kilku minutach oczekiwania.

Hacjendy po wojsku amerykanskim

Prosimy naszego kierowcy, zeby zabral nas na przejazdzke po niebezpiecznych dzielnicach, jednak z przerazeniem w oczach odmawia, twierdzac ze nie bedzie poswiecal autobusu i siebie. Potem wyjasnia, ze strzelanie do autobosow z bialymi w takich dzielnicach to norma. Wracamy wiec do centrum trasa widokowa po ´lepszych´dzielnicach i gosc pokazuje nam kazda nowa szkole i boisko. Jest tez kilka opuszczonych baz wojska amerykanskiego, ktore czesciowo przechodza renowacje i zmieniaja sie w domy mieszkalne.

Wieczorem trzeba cos zjesc wiec wybieramy sie na spacer po zmroku. Tak, o godzinie 17:00 jest juz ciemno a o 19:00 jak w nocy. Przechadzke raz po raz przerywaja nam bardziej cywilizowani mieszkancy Colon ostrzegajac o niebezpiecznych miejscach. W grupie jednak czujemy sie bezpiecznie. Od samego poczatku wyprawy ludzie uwazaja nas za jakas grupe specjalna a zwlaszcza w sytuacji gdzie mamy ubrene nasze czarne firmowe koszulki. Nasyceni wrcamy cali do hotelu. Jutro czeka nas wyprawa na wyspy SanBlas zamieszkane przez indian Kuna Yala.

Panama

Posta zamontował Cojak dnia 17.10.2008

Lot trwa ok 3 h i mija dosc szybko. Przestawiamy zegarki, teraz dzieli nas 7 godzin z ojczyzna. Standardowo stosujemy nasza sprawdzona technike podczas transferow z lotniska. Po prostu udajemy, ze nie jestesmy zainteresowani transportem a ceny, ktre oferuja sa mocno przesadzone. I tak jak w USA na JFK zbijamy transport z 20$ na 6$/os. Minibus Toyota moz pomiescic 11 osob wiec jest wygodnie. Do Hotelu mamy okolo 20km, ktre przebywamy w niecale 30 minut. Jedziemy przez dzielnice, ktore w niczym nie przypominaj tych z NY czy Miami. Powietrze wyraznie ciezsze, czesc chlopakow narzeka, e im smierdzi. Dojezdzamy do „hotelu”, ktory z ulicy wyglada (a raczej same drzwi) jak tani burdel na godziny. W srodku juz troche lepiej ale po wejsciu do pokoju konsternacja. Brak okien !! Ale jest klimatyzacja, ktrora wlaczaja dopiero po naszej prosbie. Niestety pod przescieradlem w nocy jest dosc zimno a nikomu sie juz nie chce isc na recepcje z prosba o wylaczenie chlodzenia. Czesc chlopakow spi w polarach i skarpetach. Noc jednak mija szybko i jak na takie warunki przyjemnie. Pobudke o 8 robi nam Lukas Z liq’iem, ktorzy sa na miejscu od 2 dni. Krotkie przywitanie i zmykamy na sniadanie do pobliskiego baru. Rarytasow nie ma, frytki, kurczak a’la KFC i Coca-Cola. Zarowno w USA jak i tutaj mozna zapomniec o czyms takim jak goraca herbata nad czym czasem ubolewam bo nie zwyklem pic zimnych napojow po ciezkim steku czy tlustym karczku. Pociesza fakt, ze sniadanie w tej postaci kosztuje niecale 2$.

Po posilku zwiedzamy Paname. Pierwszym przystankiem sa dzielnice SAN FELIPE i CASCO ANTIGUO. To takie mozna rzec zabytkowe slamsy, ktore sa zagospodarowane i zamieszkiwane w wiekszosci w czesci parterowej. Poziomy wyzej przypominaja makiety na starych amerykanskich westernach. Kolejna atrkacja to przejazd przeladowanym lokalnym autobusem do ruin starej Panamy. Generalnie nie ma nic ciekawego, ot kilka murow i kamieni. Lukas opowiada nam o Bilbao i historii powstania Panamy. Wracamy autobusem do dzielnicy bankowej skad na nagach kierujemy sie do miejsca pobytu. Jemy w pobliskich kioskach i przydroznych barach ichniejsze specjaly jak swieze owoce, lokalne „szejki” z lodem i inne potrawy. Skusilem sie na kawalek ryby, ktora okazala sie w polowie surowa. A myslalem, ze sushi to tylko w Azji.

Przez caly czas krece kamera i robie zdjecia. Raz prawi odlaczylem sie od grupy i wyladowalem na granicy dzielnicy CALIDONIA, do ktorej nie wstepuje nawet Lukas – znany z nietypowych wycieczek. Od lokalesow dowiaduje sie, ze mam schowac kamere bo moge sie jej szybko pozbyc. Po dolaczeniu do chlopakow czuje sie juz bezpiecznie i uswiadomiony przez Lukasa, ze w tej czesci miasta po 20:00 moglbym nie wrocic zywy, nabieram dystansu do tego miasta. Chec udokumentowania przemijajacych budowli i ludzi kusi nadal i co rusz wyciagam aparat i pstrykam fotki. Otuchy dodaja mi spotykane co 30m patrole wojska i policji w pelnym uzbrojeniu z bronia krotka i dluga. Po ponad godzinnym marszu docieramy do naszej dzielnicy SANATANA. Szybkie zakupy napojow skok do hotelu i wyprawa do kafejki internetowej by o tym wszystkim napisac.

Jutro tj. 17 X wyruszamy do Colon zobaczyc sluzy kanalu panamskiego a z tamtad na wyspy SAN BLAS odwiedzic loklanych indian Kuna. Jak wrocimy cali ze sprzetem to pewnie pojawia sie kolejne relacje.

Ponizej kilka zdjec na razie bez opisow bo jest juz 19:40 i musze sie zwijac jak chce caly dotrzec do hotelu.

Dzien 2 i kolejne

Posta zamontował Cojak dnia 13.10.2008

Czas leci tak szybko….

Nie ma niestety dalej kafejek wiec dopadam pierwszy lepszy sklep i widzac PC siadam by napisac co sie dzieje.

Dzien 2 – 8.X

szukamy auta do wypozyczenia, zajmuje to prawie pol dnia ale mamy wygodny woz Toyota Senna 3.2L. W PL jeszcze chyba takich nie ma. Swobodnie miesci sie w niej 8 doroslych facetow.

Wracajac jeszcze do USA i kontrastow jakimi ten kraj emanuuje. Pozytywna rzecz jaka zauwazylem to czyste samochody. Zarowno w NYC jak i na drogach miedzystanowych, ktorymi sie poruszamy. Wszystkie sie swieca jakby wyjechaly przed 5 min z myjni. To bardzo pozytywne odczucie.

Zarcie paskudne, od poczatku jem na sniadanie prawi same Muffinki popijajac sokiem pomaranczowym. Dosc juz tych slodkosci. Mam nadzieje, ze od srody 15.x sie top wszystko zmieni.

Pakujemy plecaki i kierujemy sie na poludnie podziwiajac ogromne samochody na drodze.

Dzien 4

Jemy rewelacyjnego amerykanskiego steka za 14,99$ – wszyscy beda to dlugo wspominac, zwlaszcza po tych kontynentalnych sniadankach.

Nocleg w Quality Inn Motel – 45$ za pokoj 2 os. Standard powyzej oczekiwan. Niestety jedyny komputer jest zawirusowany i niezdatny do uzycia. Porazka. Wszedzie WiFi a nie ma wolnych komputerow.

Dzien 5

Poruszamy sie dalej na poludnie docierajac po 16:00 czasu lokalnego na Cape Canaveral i odwiedzamy Centrum Kosmiczne im. Keneddy’ego. Jedna z glownych atrakcji jest symualtor lotu wahadlowca. Czekam na te przyjemnosc niecale 20 min i po chwili pedze z predkoscia 17500 mil/h. Symalator zapewnia bardzo realne wrazenia przyspieszenia, turbulecnji i stanu niewazkosci.

Po drodze widze wygrzewajace sie tuz przy drodze krokodyle i zolwie wielkosci duzego wiadra.

Zapada decyzja, jedziemy do oporu na Key West gdzie docieramy okolo 3 nad ranem. Ja spie w aucie ale i tak meszki wielkosci czubka szpilki gryza do switu. Okazuje sie, ze na najdalej wysunietej czesci Florydy na poludniowy-wschod, nocuja takze bezdomni a ze jest niedziela to racza nas kawa z mlekiem. Proponuja tez posilek ale sie na to nie zgadzamy z powodow bardziej moralnych.

Wyruszamy w droge powrotna do Key Largo gdzie chcemy zrobic nurka na ciagnacej sie na poludnie rafie.

Docieramy ok 12 na miejsce. Kwaterujemy sie w domkach kempingowych 2 x 4os. Lozka typu QUEEN mieszcza z zapasem 2 doroslych facetow iec nie ma powodow do narzekan.

O 14:00 wyplywamy lodzia motorowa na morze. Pierwszy nurek na jakies 15 stop. Sa barakudy i inne duze bardziej i mniej kolorowe ryby. Po powrocie na lodz zapada decyzja o zmianie miejsca gdyz te nam nie odpowiada. Po 15 minutach docieramy nad nowa rafe. Niestety dla mnie pozostanie ona nieodkryta gdyz dorobilem sie morskiej choroby. Schodzi Olo, Marko i JB z pania przewodnik. Ja rzygam kilka razy co skutecznie zwabia lawice duzych zolto-niebieskich ryb. Seba i Zbyn, ktorzy rowniez zostali ze mna na lodzi ciesza sie z tego faktu szczegolnie.

Do wieczora mnie mdli ale jest lepiej. Nastepnym razem wezme chyba Lokomotiv ale zapas soku imbirowego by uniknac podobnych sytuacji. Lodz z ktorej nurkujemy kosztuje jedyne 360 000$ ale jak widac nie opiera sie skutecznie falom.

Dzien 6

2 urodziny mojej corci Amelki. Rozwija sie bardzo szybko i podobno podczas mojej nieobecnosci rozpoznaje juz litery. Ale wracam do pisania tego co sie tutaj dzieje na miejscu a dzieje sie duzo i szybko bo nawet nie mam czasu pisac swojego podrecznego, papierowego dziennika. Stad 2 dniowe opoznienie.

Pobudka o 6:00, pranie prysznic i zaleglosci w pisaniu dziennika. Padl pomysl odwiedzenia Parku Narodowego Everglades ale komercyjne podejscie do zwiedzajacych skutecznie nas odstrasza i zwiedzamy na wlasna reke. Niestety oprocz bujnej roslinnosci, wody i kilku czapli nie ma nic ciekawego.  Krokodyle i zolwie widzialem na Cape Canaveral a szopy zywe i martwe mijamy co pare godzin.

Najciekawsza atrakcja Parku Everglades wydaje sie wiezienie stanowe, ktore fotografuje przez lekko uchylona szybe samochodu.

Powrot do Miami i bierzemy pierwszy lepszy motel przy drodze miedzystanowej 95. Prowadzi go jakis arab, mily ale malo kumaty. Jakos sie jednak dogadujemy i zostajemy na 2 noce. 70$ za pokoj 2 os wydaje sie byc dobra cena jak na Maiami ale po kilku godzinach na miejscu okazuje sie, ze moglo byc taniej i na tym samym poziomie. Frycowe jednak trzeba zaplacic wiec nei ma co sie stresowac i narzekac.

Standardowo wystepuja problemy z Internetem, jest tylko jeden komputer ale bez mozliwosci podpiecia pamieci USB wiec znow ze zdjec nici.

Wieczorem wybieramy sie na glowny nadmorski deptak w Miami Beach. Kanjpa przy knajpie, jedzenie, jak na takie miejsce wyjatkowo tanie. Wiekszosc potraw kosztuje 10-15$ ale sa to porce 3 x XXL 😉

Dzien 7

Skromne sniadanko w hotelu i wyjazd na kolejny shopping do centrum. Wysylamy paczki do Polski. Powinny dojsc do 7 dni. Zaszalelem u Armaniego i wyrwalem za „kilka” $ koszule i pasek skorzany. Ceny firmowych ubran sa o ok 30-50% tansze niz w Polsce.

Po poludniu kapiel w ocenanie i obiadek na bulwarze. Wieczorem czesc ekipy zaszyla sie w chinskim barze, gdzie byla promocja wielkiej dolewki piwa. Po wydaniu kilkunastu $ moglo sie pic piwa do woli a raczej do 23:00 bo wtedy zamykali bar. Oczywiscie nasza narodowosc nie pozwolila nam opusci lokalu przed godzina zamkniecia:) Ja niestety bylem w tym dniu kierowca i oprocz Coca-Coli nie pozostal mi inny wybor.

Po 23:00 wychodzimy na ulice. Tetni zycie. Zaczepia mnie czarny i mruga oczkiem. Po kilkunastu sekundach dociera do mnie, ze jestem przeciez w Miami i chce mi sprzedac dragi. Ja nie jestem zainteresowany ale Seba i Markoo chetnie lapia okazje i za 30$ kupuja grama koki. Dil byl tak naturalny jak handel jajkami na targowisku w Polsce.  Po prostu prawdziwa Ameryka.

W hotelu jestesmy okolo 1:00 i spimy do 8 nastepnego dnia.

Dzien 8

Pakowanie betow do plecakow i auta. Ruszamy do Fort Lauderdale skad mamy wylot do Panama City o 23:00. Ostatni odpoczynek w cywilizacji na tutejszej plazy mija szybko i przyjemnie. Jemy posilem w tutejszej knajpce polozonej tuz nad kanalem. Trafiamy na Ukrainke i czesc z nas odswieza sobie rosyjski.

Docieramy wieczorem na lotnisko. Nasza Toyota Sienna LE sprawowala sie swietnie. Placimy za wynajem 1100$ a w sumie z paliwem wyszlo 1800$ wiec na 8 osob nie jest to duza kwota a zrobilismy ponad 2000 mil.

Na lotnisku rewiduja nas jeszcze bardizej niz w Krakowie, ofukuja w specjalnych kabinach wyposazonych w spektometry wykrywajace sladowe ilosci materialow wybuchowych. Wzbudzamy jak zwykle duze zainteresowanie gdyz jestesmy ubrani w nasze klubowe koszulki, mogoace kojarzyc sie z jakac paramilitarna organizacja.

NYC – Czyli miasto Nowy Jork

Posta zamontował Cojak dnia 11.10.2008

Pierwsze wrażenie – wszystko w rozmiarach XXXL. Począwszy od lotniska JFK, samochodów, budynków i ulic na jedzeniu i ludziach kończąc.

Jak to bywa w duzych miastach, można tu spotkać chyba wszystkie narodowaości na świecie. Terminal lotniska mienił się od kolorów skóry i strojów podróżnych. W czasie oczekiwania na „wpuszczenie” na terytorium USA, a trwało to mniej więcej 1.5 godz, można było spotkać przedstawicieli przynajmniej 20 państw. Największe grupy tworzyli młodzi wyznawcy Abrahama w swoich loczkach i kapeluszach. Pomimo panującej na terminalu temparatury (sporo powyżej 25C) ludzie ubrani byli od krótkich spodenek po zimowe czapki i kurtki. Pomimo tak wielu różnic wszyscy byli uśmiechnięci i mili.

Trochę adrenalinki przed oczekiwaniem na wezwanie urzędnika imigracyjnego i jestem już za bramką. Wspólnie z kolegami negocjujemy cenę za transport z lotniska do hotelu. 100$ – to jak się później okazało najniższa cena dla 8 osób za transfer na 116 street.

Mieszkam w przytulnym hostelu w dzielnicy zwanej Harlem (nie mylić z haremem). Jak się pewnie domyślacie zamieszkują ją sami Afroamerykanie. Spacerując ulicami tej dzielnicy widziałem tylko 2 białych; jeden przebiegał przez ulicę, drugi jechał autem :) A tak na poważnie to byli jeszcze mieszkańcy hostelu – w 90% młodzi ludzie z Europy i innych zakątków świata. Turyści, studenci i pracujący. Wszyscy życzliwi i uśmiechnięci.

Ale dość nudzenia. Zanim przejdę do następnego wątku, krótki przewodnik po Nowym Jorku.

Wszystkie ulice posiadają w nazwie numery, te biegnące z północy na południe to ALEJE, ze wschodu na zachód ULICE. Tak więc nie ma szans się zgubić. Podobnie jest z metrem.

Kilka fotek. Wrzucam na szybko, bo w takim kraju jak USA kafejek internetowych brak. Wszedzie darmowy WiFi ale trzeba miec wlasnego notebooka.

A gdzie laptop posła Ziobry?

Posta zamontował Cojak dnia 11.10.2008

Dopiero teraz udało mi się znaleźć czas na napisanie kilku słów.

O tym, ze lądowanie się udało to już wiecie bo w końcu ktoś napisał ten tekst :) Ale nie wiecie, że na pokładzie samolotu z Krakowa do Warszawy towarzyszył mi poseł Ziobro wraz ze swoim kolegą czego nie omieszkałem uwiecznić na poniższej fotce. Poza szczegółową kontrolą na terminalu i zdemaskowaniem mojego paska ze skrytką na kasę nie wydarzyło się już nic godnego odnotowania.