Przeprawa przez dzungle

Wg Indianina przeprawa do San Tiago (nie w Chile) miala zabrac nam max 7h. Ale jak przeczytacie nizej skonczyla sie poznym wieczorem.

Jestesmy na brzegu rzeki w dzikim lesie. Czeka juz na nas przewodnik. Na oko ma ok 50 ale rownie dobrze moze miec 70. Dziadek, bo tak go nazwalismy, narzucil tempo marszobiegu. Zaczynamy trekking i juz widze, ze bedzie ciezko. Na szczescie to poczatek wyprawy wiec kazdy jest pelny sil ale i pelny prowiantu. Srednio mamy ze sobo po 6 litrow wody pitnej + jedzienie w mniejszej ilosci. W srodku dzungli mijamy pozostalosci bo amerykanskiej bazie wojskowej, ktora wyglada bardziej jak lotnisko, gdyz poza kilkoma zelastwami sa tylko betonowe plyty.

Na calej trasie spotykamy tylko kilku indian, tutaj mlodziez bojowo umalowana

Na calej trasie spotykamy tylko kilku indian, tutaj mlodziez wybierajaca sie na polowanie

Pniemy sie w gore, upal dokucza coraz bardziej. Pablos porzuca 3 litrowa butelke wody twierdzac, ze ma w dupie jej noszenie. Wykorzystuje sytuacje i dopinam ja do plecaka. Jest ciezko ale wiem, ze woda to w takich miejscach jest najwazniejsza tym bardziej, ze nie mam juz polowy swojej pierwszej butelki.

Okolice wioski, Indianie wiedzieli gdzie zalozyc domostwa

Okolice wioski, Indianie wiedzieli gdzie zalozyc domostwa

Po ok 2 godzinach marszobiegu odczuwam pierwsze oznaki odwodnienia organizmu – spuchniete dlonie i nadgarstki. Nie zastanawiajac sie dluzej wrzucam 2 tabletki magnezu do bidonu i wypijam malymi lykami maszerujac dalej w szeregu.

Oblegamy jeden z domow indian, ale piwa niestety nie bylo. To oznacza koniec cywilizacji.

Mijamy pierwszy strumyk, pierwsza wioske indianska. Widac lekkie zdziwienie w oczach tamtejszych mieszkacnow gdyz jak sie dowiadujemy od przewodnika, turysci tego szlaku nigdy nie wybieraja. Ale w koncu jestesmy klubem przygod ekstremalnych i nie mozna sie dziwic naszemu postepowaniu.

Raz po raz pytamy „gajda” ile jeszcze do obiecanej rzeki, ile do konca. Una hora slyszymy przez cala wyprawe. Na poczatku jest to pocieszajace ale pozniej nie zwracamy juz na to uwagi majac nadzieje dotrzec do wioski przed zmrokiem, ktory zapada tutaj juz o 18. Tak, po 18 nastepuja nocne ciemnosci, brak swiatel, ksiezyca. Bez latarki nie widac nawet wlasnego buta.

Upragniona chwila, kapie sie wraz z $$ w pasku, jest mi wszystko lotto byle by tylko sie ochlodzic

Docieramy w koncu do rzeki. Jest to ta chwila, ktorej sie dlugo nie zapomina. Wskakujemy wszyscy delektujac sie chlodem plynacym z serca gor. Raz po raz male rybki gryza nas w rozne czesci ciala ale relaks w wodzie jest na tyle ekscytujacy, ze wolimy kasanie od opuszczenia rzeki. Jak to spiewal Rysiu Ridel „w zyciu piekne sa tylko chwile” dlatego musimy sie otrzasnac i wrocic do morderczego trekingu.

Mozna by tak siedziec caly dzien, woda ciepla jak w basenie

Mozna by tak siedziec caly dzien, woda ciepla jak w basenie

Rzeke przekraczamy kilkanascie razy choc do konca nie wiadomo czy ciagle jest ta sama czy moze przeprawiamy sie przez kilka innych. W kazdym razie jest to czas na wyplukanie z sandalow kamieni i blota jak rowniez chwila relaksu dla stop. Dziadek ponownie zapytany ile do wioski odpowiada, ze una ora, czyli godzina. Zludzeni ta informacja, patrzac na zegarek i niebo cieszymy sie z szybkiego zakonczenia tej absorbujacej wedrowki. Niestety czas w naszych zegarkach biegnie duzo szybciej niz w glowie indianina i mimo przebycia kolejnych kilku km nie widac zadnej cywilizacji.

Ku naszej uciesze zaczyna padac deszcz, ktory skutecznie schladza nasze ciala. Jak to bywa w porze deszczowej zamienia sie on w ulewe, ktora trwa jakas godzine. W miedzyczasie docieramy do kilku zabudowan z naturalnego materialu zwanego bambusem i palmami i znajdujemy tam tymczasowe schronienie. Czesc z nas zbiera deszczowke do swoich pustych juz butelek a niektorzy poluja na skorpiony jak widac na zdjeciu.

Skorpionik, podobno smiertelnie jadowity...

Skorpionik, podobno smiertelnie jadowity...

Koncowka trasy charakteryzuje sie dosc duzymi wzniesieniami, ktore nie daja nam za bardzo odpoczac. Na szczescie tuz przed zmierzchem docieramy do budynku o solidnej, drewnianej konstrukcji. Niestety nie sa to zabudowania od dawna wyczekiwanej wioski lecz opuszczony pojedynczy budynek. Brak sil i zrezygnowanie nie pozostawia nam nic innego tylko sie walnac pod zadaszeniem i na chwile odpoczac.

Czesc nie ma sily nawet jesc

Czesc nie ma sily nawet jesc

W tym rejonie i podczas takiego wysilku deszcz jest zbawienny

W tym rejonie i podczas takiego wysilku deszcz jest zbawienny

Ku mojej uciesze wylawiam wzrokiem dwa drzewa pomaranczy o zielonkawo-zoltej barwie. Z nidowierzaniem zrywam pierwsza sztuke i kosztuje jej soczysty i slodki smak. Nastepne pare sztuk dla chlopakow i sam tez zasiadam do palaszowania. W koncu pierwszy raz w zyciu mam okazje jesc te owoce zerwane prosto z drzewa. Dodatkowo jestem wyczerpany i czesciowo odwodniony, glodny i spragniony wiec mozecie sie domyslic jak one smakowaly.

Jedna z mniejszych przepraw przez przybierajaca rzeke

Jedna z mniejszych przepraw przez przybierajaca rzeke

Tutaj nawet przewodnik sie zdziwil gdy zamiast strumyka zobaczyl rwaca rzeke

Tutaj nawet przewodnik sie zdziwil gdy zamiast strumyka zobaczyl rwaca rzeke

Czas jednak zebrac sily i ruszyc dalej, tym razem dziadek uzyl slowa media ora co znaczy, ze mamy do zakonczenia naszego marszu pol godziny. Niestety, przeistaczaja sie one w dobre 2 godziny ale problem nie lezy w czasie tylko w panujacych od 6pm ciemnosciach w tym rejonie. Na szczescie mamy ze soba latarki, ktore pozwalaja nam w miare bezpiecznie zejsc z gory przez pastwiska z nocnym zyciem krow do drogi. Wybieramy kierunek w prawa strone gdyz dziadek wykazywal juz wczesniej oznaki dezorientacji i nie mozemy juz na nim polegac. Docieramy do drewnianej bramy poprzeplatanej drutem kolczastym. Doswiadczenie kolegow w forsowaniu zabezpieczen robi swoje i przechodzimy na druga, nieznana nam strone. Po kilkuset metrach jestesmy przy budynku, przypominajcym hangar. Postanawiamy przenocowac w tym miejscu, tym bardziej, ze znajdujemy waz z woda, z ktorego montujemy polowy prysznic. W miedzyczasie wysylamy przewodnika z Lukasem w poszukiwaniu cywilizacji wzdluz drogi. Po parunastu minutach slyszymy nadjezdzajacy samochod a w nim Lukas z dwoma latynosami. Okazalo sie, ze wyladowalismy w jakiejs stacji badawczej i mamy to szczescie, ze przenocujemy pod dachem ale i rowniez w hamakach popijajac goraca kawe i gotujac chinskie zupki na dobranoc. Obsluga stacji w postaci 3 mezczyzn byla na tyle mila, ze dowiozla nas nastepnego dnia do panamericany skad udajemy sie z powrotem do stolicy Panamy.

Na slowa Polaco wszyscy reaguja z usmiechem i zyczliwoscia. Tym razem goscimy w stacji badawczej oddalonej od cywilizacji o 30km

Na slowa Polaco wszyscy reaguja z usmiechem i zyczliwoscia. Tym razem goscimy w stacji badawczej oddalonej od cywilizacji o 30km

Comments are closed.