Puerto Lindo – w drodze do Indian

Kilka dni nie dawalismy znaku zycia, ale to tylko dlatego ze cywilizacje zostawilismy daleko w tyle. Zasieg byl tylko czasami, co sprawdzali nasi spece telekomunikacyjni. Ale po kolei.

Po wczesniejszym ugadaniu sie z kierowca busa wczesnym rankiem opuszczamy malownicze Colon. Za dnia wyglada spokojniej niz w nocy. Po drodze male zwiedzanie ruin dawnej twierdzy obronnej gdzie hiszpanie trzymali swoje skarby, kilka policyjnych kontroli drogowych i ladujemy w Puerto Lindo.

Wioska to zupelny kontrast do Colon. Zielono, malowniczo… po prostu karaibski klimat. Puerto Lindo to mala wioska gdzie jest biedny klub jachtowy i pare chalup.

Kościół w Puerto Lindo

Kościół w Puerto Lindo

Przyjmuja nas niemcy ktorzy w ogrodku maja szalas z lozkami akurat na 10 osob i… stol bilardowy! Tu Sebus z Zbyniem moga sie zrewanzowac za wczorajsze gry.

Z dala od cywilizacji, łóżka pierwsza klasa

Z dala od cywilizacji, łóżka pierwsza klasa

Wczesnym popoludniem plyniemy lodka na sasiednia wyspe, zanim jednak przyplywa nasz transport, sprawdzamy wode w oceanie. Z Markiem i Lukasem wybralismy sie na pobliska latarnie morską. Po sforsowaniu lipnej blokady pokonujemy kilkadziesiąt krętych schodów by wynagrodzić sobie to pięknymi widokami.

Wszedzie pełno zielonych wysp

Wszedzie pełno zielonych wysp

Wspólnie z Tomasem wybieramy sie na polowanie z kuszą. Jednak to mi udaje się ustrzelić pierwszą zdobycz podobną do ryby latającej. Ja jednak ustrzeliłem ją na dnie morza.

Wieczor minal spokojnie, glownie na przygotowaniach do wyjazdu na wyspy San Blas. Czesc osob zostaje na imprezie bilardowej, kilka wybiera sie do centrum wioski. Centrum to 3 domy na krzyz i lokalna dyskoteka. Wybetonowane kawalek podlogi bez scian i budka z piwem to najwieksze miejsce rozrywki lokalnych ludzi w kazda sobote, jak mowi nam miejscowy.

Comments are closed.