W goscinie u Indian Kuna Yala

Pobudka o 5:30, szybkie kontynentalne sniadanko i pakujemy sie po ciemku na pake ciezarowki. Jedziemy do ostatniego cywilizowanego masteczka w tym rejonie i tam rowniez konczy sie droga w kierunku Kolumbii. Po godzinnej jezdzie docieramy do „portu” w Miramar skad ma nas zabrac Indianin z wysp San Blas.

Nasze srodki transportu.

Nasze srodki transportu.

Ustalony czas jego przybycia to godzina po wschodzie slonca my niestety czekamy prawie 1,5h. Pewnie u Indian slonce wstaje pozniej i stad to niedopatrzenie. W miedzyczasie posilamy sie w lokalnym sklepiku i penetrujemy okolice.

Tak wygladaja sklepy osiedlowe

Tak wygladaja sklepy osiedlowe

Zadziwia mnie ilosc nowych, wypasionych terenowek, ktorych nigdzie wczesniej w Panamie nie widzialem w takim miejscu i takiej ilosci. Chaty nie wyrozniaja sie jednak od tych widzianych w innych mijanych wioskach ale auta sklaniaja do jednego wniosku.

Ot taki niewielki kontrast

Ot taki niewielki kontrast

Port przeladunku kokainy plynacej z Kolumbii. Osada polozona na koncu jedynej drogi na wschodnim wybrzezu z dala od cywilizacji i wscibskich turystow. Najblizsza policja stacjonuje zapewne kilkadziesiat km stad wiec nie trudno sie domyslic w czym rzecz. To jednak tylko przypuszczenia i jak jest na prawde pewnie nigdy sie nie dowiem.

Wsiadamy na lodz. Silnik 50 KM dowozi nas po 2 godzinach do wyspy, na ktorej miesci sie cos w rodzaju punktu kontroli paszportowej.

Po wbiciu do paszportu oryginalnej pieczatki okregu indian Kuna Yala ladujemy w srodku pustkowia. Wyspa ma moze 50 metrow na 100, sa na niej ze 3 wioski, po dwie chalupy kazda. My zdaje sie jestesmy w stolicy bo stoja tu az cztery szalasy.

Nasz nowy dom

Nasz nowy dom

Na wyspie mamy do dyspozycji 2 chaty po 5 hamakow w kazdej, lodowka na gaz, „lazienka”, „pralnia” i „ubikacja”. Wszystko oczywiscie w zgodzie z przyroda i nie uzywa sie tutaj zadnych detergentow ani papieru toaletowego. Z tego powodu zycie na wyspach jest stosunkowo tanie. Dodatkowo posilam sie wszedzie spadajacymi orzechami kokosowymi a pragnienie gasze mlekiem z nich pozyskanym.

Brak czekolady i batonikow Baynty skutecznie zastepuja orzechy kokosa

Brak czekolady i batonikow Baynty skutecznie zastepuja orzechy kokosa

Mi udaje sie wygrzebac ze „strychu” 2 stare uzywane kusze, z ktorych jak MCGiver robie jedna sprawna. Niestety pomimo staran nie udaje sie na nia nic upolowac. Duze ryby trzymaja bezpieczny dla nich dystans nie pozwalajacy mi oddac dosc silnego i celnego strzalu. A bylo w co bic, barakudy, rekin, i takie plywajace pionowo ryby podobne do plaszczek gdyz do plywania uzywaly gornej i dolnej pletwy. Na wyspie mieszka tez Lisa, jakoby slawna producentka ¨molas¨ czyli indianskich wyszywek ktore chodza za przerozne ceny. Jak mowi oplaca tym studia swojej corki.

Tradycyjne wzory Indian Kuna

Tradycyjne wzory Indian Kuna

Pod wieczor przechodzi przez wyspe maly sztorm, orzezwiajac atmosfere kiedy mozna kolacje zjesc w strugach cieplego, rownikowego deszczu.

W nocy wraz z Tomasem i moja nowa latarka wybieramy sie na wczesniej namierzona rafe. Po 2 probach udaje sie nam ja znalezc i mamy pierwsza dosc okazala rybe (tak na oko 35cm). Po dostarczeniu rybki indianom probujemy kolejny raz znalexc rafe. Niestety kompletne ciemnosci i brak jakiegokolwiek swiatla na wyspie a nawet ksiezyca nie pozwalaja nam dalej polowac gdyz bladzimy raz za razem.  Czas na spanie. Ale zaraz zaraz, katem oka dostrzegam poruszajaca sie 10 cm sylwetke pajaka. Tak, to spory okaz, tuz obok mojego hamaka. Brazowy z malutkimi wloskami. Nie zastanawiajac sie dluzej dobijam go swoja latarka slyszac dosc mocne chrzesniecie. Pozostawiam go na pozarcie wszedobylskim krabom, ktore nocuja rowniez w naszym 5 osobowym „pokoju”.

Dokladnie taki sam jak ten, ktorego zlapalem do 2l garnka kilka dni pozniej

Dokladnie taki sam jak ten, ktorego zlapalem do 2l garnka kilka dni pozniej

Mozna by siedziec na takich wyspach, jednak z braku zajec blogie byczenie sie szybko nam sie nudzi i postanawiamy kolo poludnia przeniesc sie gdzie indziej.

Szybko zwijamy sie do Carti, wyspy ktora jest jednoczesnie wioska dla 200 indian.

Mezczyzni w przeciwienstwie co do kobiet ubieraja sie jak zwykli mieszkancy Panamy

Mezczyzni w przeciwienstwie co do kobiet ubieraja sie jak zwykli mieszkancy Panamy

Instalujemy sie w jednej z indianskich chat, i znow zapowiada sie spanie w hamakach. Kibel tym razem mamy nie w wodzie, ale jest poprawnie zbudowany z desek itp, tuz przy brzegu.

ToyToy - wersja wyspowa samoczyszczaca

ToyToy - wersja wyspowa samoczyszczaca

Znow dzien i wieczor jest relaksacyjny, lokalni sa bardzo rozmowni. Ustalamy co robimy nastepnego dnia. Opcji jak sie dowiadujemy jest kilka. Mozemy jechac 3-4 godziny jeepami do autostrady Panamericana, skad juz busem do Panama City. Drugi wariant to ta sama droga pieszo, ale wszyscy zgodnie stwierdzaja ze isc po drodze to mala atrakcja. Trzecia mozliwosc, to doplyniecie lodka do ladu, troche w gore rzeki i wynajecie przewodnika ktory zaprowadzi nas do San Jose, malej wiochy, z ktorej powinnismy sie juz dostac do cywilizacji. Glosujemy i przechodzi wariant trekingu w dzungli, mimo ze nie wszyscy sa tym pomyslem zachwyceni. Miejscowi zwawo przygotowuja nam wode.

Do kolacji dosiada sie 8 dziewczat z Californii. Swiezo po collegu postanowily spedzic kilka dni wsrod indian z dala od amerykanskich wygod i cywilizacji. Niestety nasz brak znajomosci repertuaru Spice Girls szybko konczy zawiazana znajomosc i idziemy grzecznie do naszych „pokoi” z hamakami.

Nastepnego dnia wyruszamy do dzungli. Szybko zegnamy sie z indianami i probujemy naklonic ich do zrobienia z nimi zdjecia co graniczy z cudem. Ale po paru probach i poszukiwaniach odpowiedniej kandydatki sie udaje i jest co wlozyc w ramke.

Ja mam tylko 178 cm wzrostu..

Ja mam tylko 178 cm wzrostu..

Transferuja nas 2 lodzie. Plyniemy wsrod lasow mangrowych dostrzegajac raz po raz polujace pelikany. Plyniemy w gore rzeki, jest coraz ciasniej i plycej. Widac pod woda zatopione konary i ryby. Robi sie coraz ladniej i bardziej dziko. Slychac wszedzie spiew ptakow i silnik naszej lodzi – byscie nie mysleli, ze jest inaczej. Po 1,5 godz doplywamy do miejsca gdzie lodzie nie sa juz w stanie nas wiexc. Wysiadamy w srodku dzungli. Zegnamy towarzyszace nam indianki oraz sternikow i wyruszamy w nieznane.

Ja oczywiscie w Business Class

Ja oczywiscie w Business Class

Czeka nas kilkanascie godzin przeprawy przez dzungle. Upal, deszcz i wilgoc dodaja do tego tylko smaczku. Ale tak na prawde nikt nie wie co go czeka w tej podrozy.

Comments are closed.